Nareszcie w domu! A tata... no cóż. Rozmawiam z nim minimum. Niech on mi się tylko teraz nie dziwi! Po tym co on zrobił powinienem go gorzej traktować... no, ale cóż. To jednak mój ojciec.
Siedzę w kuchni i zajadam się pysznym kurczakiem roboty mojej mamy. Trzask! To pewnie Fran.
-Cześć!-krzyczę i wychylam się na hol. Chwila ciszy, a potem słychać jak wbiega na górę. Spoglądam na rodzinę pytająco.- Nawet się nie przywita?- mama wzdycha.
-Wiesz... ma małe problemy w szkole.-mówi łagodnie.
-A z jakiego przedmiotu? Mogę jej w czymś tam pomóc.-wpycham kolejne kawałki mięsa do ust. Zaraz pęknę! Trudno! To jest zbyt pyszne żeby zostawić!!!
-Nie chodzi o naukę.-mówi tata. Znów rzucam im pytające spojrzenie. Nie chcę żeby coś wypadło z moich ust. Wciągam głęboko powietrze i... przełykam. Czuję jak ogromny kawał mięcha idzie powoli po moim przełyku. Prostuję się. Biorę kolejny kawałek do buzi.- Ma problemy z rówieśnikami. Mieliśmy nadzieję, że gdy przyjedziesz to z nią pogadasz czy coś. Wiesz jesteście w podobnym wieku.-tsa. Faktycznie. 19 i 15 to przecież jedno i to samo!
-Niall słyszałeś?-pyta mama ostrzej.- Idź z nią porozmawiać!-wzdycham. Wstaję od stołu.-Niall!-krzyczy.-Zostaw ten talerz!-po chwili zaczyna się śmiać. Z trudem odstawiam talerze, wycieram ręce i idę na górę. Pukam do jej drzwi. Cisza. Może nie chce ze mną gadać? No, ale jak teraz zejdę na dół to karzą mi tu wracać. Pukam znów.
-Co?!-słyszę jej głos.
-To ja. Niall. Twój brat, podobno. Chcę pogadać.
-Rodzice ci kazali?-rzuca przez drzwi. Wzdycham.-Wejdź.- otwieram powoli drzwi. Pokój zmienił się o 180 stopni. Ma białe ściany i meble, a na nich zielone wzory. Dywan też jest zielony. Fran siedzi pod oknem przy biurku, plecami do mnie. Siadam na łóżku obok. Jej łóżko jest strasznie twarde. Poprawiam się kilka razy.
-Ej, co jest?-pytam widząc jej wyraz twarzy. Cisza. Znowu...-Fran? Śmieją się z ciebie w szkole?-walę prosto z mostu. Nie odrywa wzroku od książek. Dopiero po dwóch, trzech minutach zaczyna coś mówić.
-Bo ... bo wiesz.-wzdycha.-Tak. Mówią, że jestem brzydka jak kaczka i wymyślają różne porównania. Śmieją się bo kiedyś coś napomknęłam jednej dziewczynie, że nazwisko Horan to wcale nie przypadek. Chciałam tylko, żeby mnie polubił chociaż za to, że mam takiego brata. Zaczęły się śmiać, że mam schizofrenie, że nie wolno mi kupować czasopism i w ogóle.- na początku chciało mi się śmieć, ale po chwili pomyślałem, że skoro ona się tym martwi to na pewno nie jest błahostka.
-Wiesz Fran. Może po prostu je olej?-kręci głową.- Ok.- myślę co by jej powiedzieć.- A nie masz kompletnie żadnych znajomych?-spogląda na mnie spod okularów.
-Nie no jest taka Alexis. Jest fajna, tylko, że nie mamy razem zajęć. No i...-uśmiecha się. W głowie zapala mi się czerwona lampka.
-No i...?
-Jest jeszcze Jake. Lubię go.
-No! Czyli nie jest tak beznadziejnie. Powiem ci w sekrecie, że jak byłem mały, młodszy od ciebie to też przez pewien czas nie miałem znajomych w szkole.
-Czemu?-dopytuje.
-Mówili na mnie glizda...-ona zaczyna się śmiać. Dopiero teraz widzę, że po policzkach leciały jej łzy.- Idziemy do kina?-pytam. Wstajemy i wychodzimy. Tyłek mi całkiem zdrętwiał. Podejrzewam, że tata zjadł mojego kurczaka. A do historii czemu mówili do mnie glizda... wolę jej nie mówić.